W niedzielę 07.11.2010r. był niezapomniany dzień.
Pisałam poprzednio, że zbliża się koncert Closterkellera. I że będę na nim. Byłam
Ba, nawet wyciągnęłam naszego groźnego kochanego Ae coby trochę w tłum poszedł.
Ale od początku.
Miałam wielki problem, bo w sumie idąc na koncert rocka gotyckiego, ubrać się w sukienkę w kwiatki to wieś. Tak, wiem, przesadzam i to ostro
Zwłaszcza, że w takim stroju mnie nie zobaczycie za Chiny Ludowe ;P Ale jak na kobietę przystało, problem miałam gigantyczny. W co się ubrać. W szafie jeansy, swetry, jakieś spódnice też się znalazły, ba! nawet mundur mój własny, prywatny
Ale jak to wszystko sklecić w coś co od biedy może uchodzić za nieudolną próbę wtopienia się gothic tłum? Z pomocą przyszedł mi mój luby Miś. Tu poprawił, tu poradził, wskazał spódnicę, tu kazał odpiąć broszę od gorsetu i przypiąć do bluzki, założyć glany i umalować się zajemocno.
I tak pojechałam do Ae
Ruszyliśmy na koncert robiąc sobie miły postój (jakoś support nas tak bardzo nie ciągnął, więc pozwoliliśmy sobie na spotkanie w miłym gronie
).
Dotarliśmy na koncert, który od chwili już trwał.
Od wejścia trafiliśmy w dość spory tłumek podśpiewujących pod nosem, kiwających się w takt muzyki ludzi. I to nie tylko ludzi w okolicach wieku lat 20. Mignęła nam parka gdzieś pod sześćdziesiątkę! Oczywiście w swej perfidii pozwoliłam sobie zażartować do Ae, że ktoś musiał z wnuczką przyjść, bo samej jej nie chcieli puścić. Ale parka wyglądała na rozbawionych, w doskonałych humorach, zainteresowanych koncertem.
Zespół dawał czadu na scenie, a Anja wyglądała wprost bosko.
Talia jak u osy dodatkowo ściśnięta wściekle czerwonym gorsetem do tego czarno białe wdzianko i słodki czerwony kapelusik. Po prostu słitaśnie. A potem zmiana ciuchów na czarne… mmmm…. co za ciało, energia, szał. Aż się miło na sercu robiło jak się widziało Ankę szalejącą na scenie.
Przyznam się bez bicia, że z dorobku zespołu znam ledwie kilka piosenek, i to najbardziej te, przy których pracowałam. I może nie jest to rodzaj muzyki jaki bym sobie puszczała wieczorkiem czy też w samochodzie, bo wychowałam się na jazzie i bluesie, oraz rocku i jakoś nie do końca lubię piosenki w naszym rodzimym języku (No cóż, nie trafiłam na nic co by mnie zachwyciło, no może pomijając Dżem) to bawiłam się wspaniale!
Chociaż przyznać się muszę także, że w moim burzliwym życiu był także okres muzyki ciężkiej, glanów, irokezów i „zemsty za moją inność” – czyli sklepania przez łysych.
Ale wielkie show, energia Anji, teksty które odbieram nie do końca jak tylko piosenki, bo znam Anję osobiście i mimo że nie wiem o niej wiele, zachwyciły mnie. Do tego muzyka, świetna muzyka jaką tworzą chłopaki.To dało bardzo miłą mieszankę wybuchową. Z wyrazem dziecięcego zadowolenia stałam sobie z Ae na sali kiwając się razem z tłumem, nucąc refreny które jakimś dziwnym trafem łatwo wpadały w ucho.
Potem tłum skandujący „Clo-ster- ke-ller” i bisy. Pierwszy, drugi, trzeci.
W trakcie jednego z nich Anja wyszła na scenę z gitarą. Zieloną. Myślałam, że zakrztuszę się colą jak ją zobaczyłam.
A potem wszyscy zebrani mieli okazję usłyszeć historię jak Anja dostała w swoje ręce oną gitarę. Wprawdzie nie tak ładnie, ze szczegółami i wesoło jak Anja, ale i ja Wam przytoczę część tej opowieści.
Byli z chłopakami z zespołu w sklepie muzycznym. Gitarki, brzdąkanie, uściski dłoni, „jak miło, że chcecie na nich grać”, uśmiechy. A potem głos Anji ponad wszystkim, mówiący coś w stylu (przepraszam, że nie pamiętam dokładnie słów, mam nadzieję, że nie przekręcę za bardzo i za dużo nie dodam od siebie): ” Wprawdzie nie umiem grać na gitarze, ale ja też chcę móc wyjść na scenę i szaleć jak oni. Tylko to musi być taka gitara jakiej żaden facet by nie chciał używać.”
I dostała. Zieloną (na zdjęciu nawet ją widać… i jak Wam się podoba? Wybaczcie jakość zdjęcia, ale robione było komórką)
I szalała z nią po scenie waląc w struny, machała włosami, skakała. Jakby z gitarą w dłoni się urodziła.
Przedostatnia piosenka jaką zagrali jeszcze nie była nigdzie umieszczana. Tytułu nie pamiętam, chyba, ale nie na 100%, „Król jest nagi” – choć artystka sama określiła to jako „trucie o polityce”.
A na koniec… stałam wsłuchana w głos Anji i podśpiewywałam w tłumie razem z nią i zbieraniną ludzi, z uśmiechem na twarzy. Bo „na deser” złożyła pokłon Panu Wampirów śpiewając piosenkę „Nocarz”, z którą mam miłe wspomnienia. Przy okazji kręcenia teledysku do niej poznałam właśnie Anję i zespół, a sama praca nad nim była zapłonem który popchnął mnie do działania w moim zawodzie – to było moje pierwsze zlecenie po długim czasie stagnacji po szkole.
Więc stałam ucieszona jak dziecko, i mimo tłumu w koło, ja przed oczami widziałam sceny z teledysku, przypominałam sobie jak cały dzień spędziliśmy w dyskotece, kręcąc sceny z zespołem, to jak Anja leżała na scenie, ja się nad nią pastwiłam i robiłam jej rany postrzałowe na piersi. I przypominałam sobie premierę teledysku. Wielki ekran jak w kinie, ludzie na sali, zespół, reżyser Staszek Mąderek. I cudowne uczucie jak pierwszy raz w życiu zobaczyłam swoje nazwisko w napisach. Aż się łezka kręci w oku
Gdy zeszli ze sceny i ludzie już powoli znikali z Proximy, my z Ae jeszcze siedzieliśmy. Żeby spotkać się na chwilę z Anją, z zespołem, podziękować za zaproszenie. A potem, przed północą, wróciliśmy do swoich domów. Ja nucąc sobie Nocarza i uśmiechając się jak dziecko które dostało lizaka… A Ae… a to już jego trzeba się zapytać

by Salligia